„Nasza struktura gospodarcza w chwili obecnej jest analogiczna do struktury krajów pokolonialnych i w zasadzie można powiedzieć, że Polska jest neokolonią. (…) W obliczu coraz mocniejszych tendencji  sfederalizowania Unii Europejskiej grozi nam pozbawienie wolności i niezależności typu politycznego”.
Prof. Witold Kieżun  
 


Tak jak nie można od ćwierćwiecza zmienić obowiązującej obecnie w Polsce „najgłupszej na świecie ordynacji wyborczej” na większościową poprzez zbieranie podpisów pod petycjami w tej sprawie czy też demonstracje, lecz – zdaniem piszącego te słowa – jedynie poprzez wejście zwolenników jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu i demontaż obecnego systemu politycznego, tak nie można będzie zmienić zniewalających nas coraz bardziej politycznie, kulturowo i nieopłacalnych dla Polski także finansowo zasad funkcjonowania Unii Europejskiej bez wejścia eurosceptyków do wnętrza tego rachitycznego tworu (w tym także do Parlamentu Europejskiego).

Z tego powodu jestem za podjęciem próby uniezależnienia się Polski od EU w obecnej jej formie także (podkreślam: także) poprzez udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego.   Albo uda się zredukować Unię Europejską wyłącznie do wolnego przepływu ludzi, towarów, kapitału i usług, albo – jeśli okaże się to niemożliwe – podjąć należy konkretne działania w celu wystąpienia z UE i ograniczenia naszych relacji z tym dziwacznym, zbiurokratyzowanym do granic wytrzymałości i coraz bardziej odczuwalnie zniewalającym nas tworem, wyłącznie do przynależności do Europejskiego Obszaru Gospodarczego i strefy Schengen.
      

Niebieskie tablice propagandowe

Za pięć miesięcy odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, który mimo większych niż na początku swego istnienia kompetencji, ciągle jest instytucją, która nie ma większego znaczenia w UE. Kluczowe decyzje zapadają gdzie indziej.

Polska jest członkiem Unii Europejskiej od 1 maja 2004 roku. Dzisiaj prawie przy każdym rowie na wsi, na każdej ścianie w mieście uprawiana jest propaganda prounijna w postaci niezbyt estetycznych i zazwyczaj pasujących do otoczenia niczym przysłowiowy kwiatek do kożucha niebieskich tablic, przygniatających czytelnika (o ile w ogóle je ktoś czyta?) liczbami, które mają świadczyć o wyjątkowej szczodrości UE wobec Polski.  

Powoli Polacy zaczynają jednak zauważać, iż nasze członkostwo w Unii Europejskiej bynajmniej nie oznacza samych korzyści. Niektórzy pytają nawet, czy nam się jeszcze w ogóle opłaca być członkiem UE? Jaka jest prawda?  


Polska traci na członkostwie w Unii Europejskiej!

Ciekawe zestawienie zysków i strat, wynikających z naszego członkostwa w UE znaleźć można na stronie www.tomaszcukiernik.pl  Według zaprezentowanych tam danych Polska zyskała w latach 2007 – 2013  ok. 91 miliardów euro dotacji unijnych.

Jednak w tym samym czasie nasz kraj wpłacił do kasy UE składki w wysokości 22,6 mld euro, koszt całej biurokracji obsługującej proces starania się o te dotacje (np. koszt utrzymania różnych agencji, części urzędów marszałkowskich, doradców etc.) wyniósł w ciągu tych lat ok. 6,5 mld euro, koszt przygotowania wniosków, które zostały przyjęte to 13,5 mld euro, zaś koszt przygotowania wniosków odrzuconych – 16 mld euro, prefinanowanie projektów kosztowało nas w sumie 12 mld euro, zaś współfinansowanie ze środków publicznych – 16,3 mld euro, a ze środków prywatnych – 19,9 mld euro.   Tak więc suma polskich wydatków, związanych z pozyskiwaniem unijnych dotacji w latach 2007 – 2013 to ok. 106,8 mld euro.

Straciliśmy więc na tym 15,8 mld euro! Oznacza to, że każdy Polak dopłacał do „pomocy” unijnej 238 zł rocznie. Pamiętać przy tym należy, iż nie wszystkie przyznane nam dotacje unijne zostały wykorzystane. Faktyczny bilans jest więc dla Polski jeszcze bardziej niekorzystny.   Dodać także trzeba, że otrzymując unijne dotacje gminy zadłużają się i ponoszą dodatkowe koszty z tytułu obowiązku spłaty odsetek od kredytów.

Na uwadze musimy również mieć i to, że samo przygotowanie Polski do integracji kosztowało nas ok. 25 mld złotych (np. dostosowanie polskiego prawa do unijnego etc.). Nasz bilans rzeczywisty pogarszają dodatkowo kary nakładane na Polskę przez Unię Europejską np. z powodu niestosowania się do unijnego prawa itd., a pamiętać przy tym należy, iż rynek unijny regulowany jest przez ponad 1600 dyrektyw i ponad 600 rozporządzeń.  

Także podziemnatv.pl ocenia negatywnie nasz bilans. Jeśli w latach 2014 – 2020 otrzymamy z kasy unijnej ok. 300 mld zł, to same składki będą nas kosztować ok. 120 mld zł. Gdy do naszych wydatków dodamy to, o czym była mowa wyżej, bilans nie będzie dla nas tak korzystny,  jak się nam wmawia. Podziemnatv.pl oblicza, że cały okres członkostwa (od 2004 do 2012) mógł nam przynieść w sumie co prawda ok. 240 mld zł unijnych dotacji, ale np. obsługa polskiego długu w tym czasie kosztowała nas znacznie więcej, bo aż 310 mld zł! Oczywiście sumę dotacji należy – tak jak to zrobił Cukiernik – pomniejszyć o koszty ich uzyskania. Autor ten obliczył, iż w latach 2007 – 2013 Polska dokładała do unijnego „interesu” ok. 2 miliardy euro rocznie!      


Polska jest rzeczywiście unijną neokolonią

Miało być tak pięknie: wolny przepływ ludzi, towarów, kapitału i usług, a skończyło się na neokolonializmie unijnym.

Tak naprawdę za dotacje Unia Europejska – jak słusznie twierdzi prof. Witold Kieżun – kupuje naszą suwerenność (dyktuje nam np., ile możemy produkować mleka, ile dwutlenku węgla itp.). Unia płaci tylko za to, co uzna za stosowne.   UE wymusza za pomocą dotacji naszą uległość, uzależnia nas od siebie prawie całkowicie (np. firma, która otrzymała unijną dotację, nie może zmienić typu produkcji, na który ją dostała). Jak słusznie zauważa dalej Cukiernik – inwestycje dotowane przez EU są bardzo często nietrafne (np. lotniska w Hiszpanii, czy termy w Polsce w miejscu, gdzie nie ma w miarę dostępnych ciepłych wód).

Najczęściej beneficjentami pomocy unijnej są samorządy lub instytucje państwowe, a – jak wiadomo od stuleci – sektor publiczny jest dwa razy droższy niż prywatny przy wykonywaniu tych samych zadań. Nie mniej ważnym argumentem jest to, iż dotacje opóźniają proces inwestycyjny, generują nieuczciwą konkurencję dla bardziej przecież wydajnego sektora prywatnego i są korupcjogenne.  

Pozaparlamentarne ugrupowania (takie np. jak stowarzyszenie OBURZENI – patrz www.oburzeni.org.pl) powinny – moim zdaniem spróbować wziąć udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego, podobnie jak do Sejmu RP, bytakże od środka spróbować zmienić niewydolny gospodarczo, niesprawiedliwy finansowo, zniewalający politycznie czy w ogóle kulturowo system. Warto mieć w pamięci powyżej zaprezentowane dane liczbowe, gdy w maju będziemy wrzucać kartę do urny wyborczej.  

Marek Ciesielczyk

www.marekciesielczyk.com 


thumb_bdsc_0077.jpg


(na zdjęciu wyżej: polski rolnik depcze flagę Unii Europejskiej
podczas obchodów 140. Rocznicy urodzin Wincentego Witosa
w Wierzchosławicach k. Tarnowa /Małopolska/)